Błekitno purpurowy Matuzalem - fragmenty
- Czego krzyczę? I pan się pyta. Obejrzyj pan tego Syna Środka!
Jest to ten sam, którego my szukamy, mianowicie prawdziwy Izaak Abrahama, którego to w ojczyźnie nazywamy Ye-Kin-Li.
- Deshalve zijn zoon! A więc jego syn!
- Co pan o tym powie?
ć Wat ik zeg? Niech będzie pochwalony! Dzień dobry, mój przyja-cielu! Jestem mijnheer van Aardappelenborsch. Ja także pragnąłem pana odszukać.
Ścisnął mu z całej siły rękę i okazywał taką radość, jak gdyby spotkała go osobiście wielka przyjemność. Podobnie jak większość grubasów, miał nader łagodne usposobienie i czułe serce. Wkrótce przyłączyli się ‘Iimnerstick i
Ryszard. Matuzaiem wszakże szybko rozegnał beztroskie towarzystwo, nakazując nie spuszczać oka z Chińczyków.
Zaczęło świtać; wiatr od lądu uciszał się coraz bardziej, wreszcie zupełnie zamarł. Odżył w postaci wiatru od morza. Czas był najwyższy zapędzić załogę do roboty, aby doprowadzić okręt z powrotem do portu.
Zmuszono jeńców do wykonywania przetłumaczonych przez Ma-tuzalema rozkazów kapitana. Po czym znów wzięto ich w łyka. Słu-chali jedynie pod presją wycelowanych luf.
Wkrótce rozjaśniło się tak, że można było wzrokiem ogarnąć horyzont. Wówcżas zauważono w oddali okręt, parowiec, który I50 wyrzucał z siebie potężne kłęby dymu. Degenfeld podszedł do kapita-na, stojącego przy sterze i zapytał:
- Cóż to może być za statek, master?
- Mogłoby panu odpowiedzieć każde dwuletnie dziecko. Tb okręt wojenny.
- Solidnie zbudowany, jak się zdaje.
- Solidnie? ‘Ib krążownik cały ze stali. Nie chciałbym z nim wejść w konflikt. Ale przybywa na czas. Upłynęłyby godziny, zanim zdołali-byśmy wrócić do portu. A kto wie, co się może zdarzyć w ciągu takiego czasu. Lepiej będzie udać się pod jego opiekę.
- Podzielam pańskie zdanie. Pozbędziemy się kłopotów.
- Gdybym tu znalazł sygnały, dałbym znać, aby się pośpieszył.
Zresztą, zdaje się, że i tak zwrócono na nas uwagę. Ujrzawszy nas, zmienił nieco kurs. Widzi pan, dodaje pary. Tb znak, że nam niedo-wierza. Myśli, że zechcemy umknąć i pragnie nas ubiec. Za dziesięć minut będziemy go mieli przy sobie.
- Pod jaką flagą żegluje?
- Tymczasem jeszcze nie wywiesił, ale zaraz nam pokaże wraz z porannym powitaniem. Uważaj pan!
Pancernik zbliżał się z wielką szybkością. Nie upłynęło pięć minut, gdy z pokładu wykwitł pióropusz dymu i rozległ się wystrzał.
- Niestety, nie możemy odpowiedzieć, - rzekł lćrnerstick- nie mamy na górze działa; wszystkie tkwią w skrzyniach. Ale pokażę im, żeśmy zrozumieli. Bierz pan ster i trzymaj go dokładnie tak samo, jak ja. Aha, angielski!
Istotnie na okręcie powiewała teraz błękitna flaga Wielkiej Bry-tanii. Kapitan pośpieszył ku tylnemy masztowi, opuścił czerwono-żół-tą chińską flagę handlową, związał ją i wciągnął z powrotem na górę. Następnie nożem przeciął brasy żagli. Ciężkie maty uderzały o maszty, aż grzmiało. Wróciwszy do steru, kapitan rzekł:
- Ciężka i ryzykowna to rzecz! Ale możliwa przy obe-cnym wietrze. Nie chciałem odwiązywać majtków. Spójrz pan na
151 nich! Strach bije im ż oczu. Wiedzą, ze nadszedł ich sądny dzień. Parowiec zbliżył się, wyminął dżonkę i zatrzymał się. Cała załoga znajdowała się na pokładzie. Dowódca stał na pomoś-cie bojowym i badawczo przyglądał się dżonce. Oficer z pokładu zawołał po chińsku:
-Dszuen, ahoi!Nan-tao Szui-heu?
- Mój Boże! - zawołał ‘Iimnerstick. - I to ma być po chińsku?
Niech się każe zamarynować! Nie ma ani jednej końcówki!
- Naturalnie, że to po chińsku, - odpowiedział Degenfeld. - Znaczy to: Okręt, ahoi! Czy to naprawdę „Królowa W6d”?
Zwracając się do krążownika, zawołał po angielsku:
- Dżonka piracka Szui-heu, zdobyta przez nas, pięciu ćuropej-czyków. Sześćdziesięciu ludzi zamknęliśmy pod pokładem. Prosimy o szybką pomoc!
Oficer zwrócił się do dowódcy, zamienił z nim kilka słów i zapy-tał:
- Kim jesteście?
- Tićzej niemieccy studenci, holenderski plantator i Frick ‘Iizr-nerstick, kapitan marynarki amerykańskiej.
-‘Ilirnerstick, Tiirnerstick! All devils! Gdzie jest ten stary wielo-ryb? -- wtrącił szybko dowódca.
- ‘lh jestem, tu! - odpowiedział kapitan, jedną ręką trzymając ster, a drugą sięgając po lunetę. - Ach, kogo ja widzę? Kapitan Beadle w całej swej okazałości!
-‘Iiirnerstick, to pan istotnie! Ale po jakiego diabła wlazł pan w ten pogański strój?
- Aby być w zgodzie z moją obecną rangą. Jestem Thr-ning sti-king kuo-agan ta fu-tsiang.
- Niech licho pana zrozumie! Znowu jakieś dziwactwo w pańskim stylu! Skoro tylko spostrzegłem dżonkę, od razu coś mnie tknęło. Nie dowierzałem jej. Nie ufałem także słowom pańskiego towarzysza. Ale, ujrzawszy pana przy sterze, wierzę. Musimy do was zajrzeć!
- Ależ, proszę! Przyślij pan zmianę załogi!
- Co? Połowę załogi?
- Mamy na dole przeszło sześćdziesięciu piratów.
- Dobrze! Jestem ciekaw, jak to się odbyło. Na pewno znowu ja-kiś figiel ‘Iizrnersticka!
Oficer zawołał:
-Rise out, w imię Boga!
Opuszczono łódź. ćiZrnerstick polecił Matuzalemowi rzucić trap. Kapitan Beadle przekazałjednemu z oficerów komendę okrętu, a sam udał się na „Królowę Wód”.
‘Iićrnerstick, nie odstępując od steru, wykrzykiwał z radości. Znali się od dawna; nieraz się spotkali na morzu. Uścisnęli się